„On the Ganges”, Varanasi India, fot. © Erika Burkhalter

Ciało

Podążając za starym miastem Varanasi w Indiach, nasz autobus zatrzymał się w układzie ruchu, który miałby sens tylko wtedy, gdy te wąskie uliczki i zaułki zostały zbudowane co najmniej trzy tysiące lat temu. Powietrze, gryzące dymem z pożarów kuchennych gromadziło się wzdłuż drogi, wilgotny rozpad rzeki i tłum ludzkości utrzymywały się trochę za długo w moich płucach. Wedyjskie śpiewanie wyciekło z pobliskiej świątyni, wraz ze słodyczą kadzideł. Czułem, jak czarny brud, który pojawiał się w moim Kleenexie każdego ranka, gromadził się w moich przejściach lotniczych.

Po jedenastu podróżach do Indii zaplanowałem ostatnie rekolekcje, aby odwiedzić moje ulubione, głównie na uboczu, przystanki dla nieustraszonej grupy joginów, którzy zaufali mi, że bezpiecznie poprowadzę ich przez sedno podróży tutaj. W ciągu ostatniego roku zaplanowałem każdy szczegół. Miałem „Princess autobusy” - autobusy z łazienkami - jechałem z Delhi do bardziej odległych miejsc. Zmierzyłem czas każdego celu i każde przejście do perfekcji, uzupełniając nasz harmonogram godzinami i dniami, aby zrównoważyć „czas indyjski”. Próbowałem usunąć chropowatość podróży w krainie bardzo odmiennej od świata, który większość z tych joginów kiedykolwiek znała lub sobie wyobrażała.

Ale zaniedbałem jeden ważny szczegół.

Indie mówią same za siebie.

Być może dlatego zakochałem się w tym kraju w tak szybkim tempie.

Kiedy początkowo podróżowałem tutaj na początku 2000 roku, przyszedłem uczyć się jogi. Wzięliśmy „kąpiele kubełkowe”, aby oszczędzać ciepłą wodę, nie spodziewaliśmy się niezawodnej energii elektrycznej i nauczyliśmy się, jak podciągać szaleństwo naszych szarawarskich kameez do kolan, kucając niepewnie, aby uniknąć przemoczenia mokrymi podłogami publicznej toalety.

Szliśmy ulicami, unikając surowego nawozu krowiego i wąchając eksplozje kwiatów sprzedawanych w losowych wozach, umieszczonych jak najbliżej najbliższej świątyni. Nasze palce gładziły jedwabie tkane na starożytnych krosnach w kwaterach tkaczy w Varanasi, gdzie każdy członek rodziny znał inny wzór, aby nikt nie znał go „wszystko”. Kobiety o ciemnych włosach, udrapowane w sari połyskujących, zmieniających się kolorów pawi i róży umbry, lśniły złotem o odcieniu głębszym i bogatszym niż nasza amerykańska wersja. A pod tym wszystkim szumiała nam energia - podniecenie, połączenie, surowość.

Ja, nad brzegiem Gangesu, Varanasi, Indie, fot. © Alton Burkhalter

Indie robią to ludziom. Pozbywa się wstępnych koncepcji i pozwala zastanawiać się nad tym, co się naprawdę wydarzyło. Istnieją poziomy zrozumienia, które są trudne do odczytania, na przykład - „bob head”. Oznacza to, że tak, nie, może zwariowałeś? I prawdopodobnie zajęło mi trzy podróże do Indii, aby zobaczyć różnicę między tymi możliwościami.

I tak, kiedy nasz autobus wylądował w Old Varanasi, wśród trąbiejących klaksonów i muzyki Bollywood wydobywającej się z pobliskich samochodów oraz przypadkowo wędrujących krów z miękko-słodkimi kałużami oczu w kolorze węgla, nie byłem zaskoczony, że spoglądam w dół z naszego wejdź na pandemonium poniżej, aby zobaczyć samochód bezpośrednio obok nas z osłoniętym ciałem przywiązanym do drewnianej platformy na dachu.

Od momentu, kiedy wylądowaliśmy, Indie lub wszechświat próbowały wbić we mnie trochę rozsądku, próbując ją oswoić. Każdy lot był opóźniony przez gęstą mgłę. Zamiast przybyć do Amritsaru, aby zobaczyć Złotą Świątynię lśniącą w słońcu, ścigaliśmy się tam, ledwo zdążając, by zobaczyć, jak świeci w nocy.

Ale blask zrobiła… Otoczone wodą ze wszystkich stron odbicie świątyni falowało na spokojnej powierzchni sztucznej sadzawki, niczym olej szafranowy rozchodzący się po powierzchni świętego naczynia. Płonęła jak klejnot, emanując lekkością w ciemność. Oddech, dosłownie, utkwił mi w gardle, gdy przeszedłem przez górną bramę i zobaczyłem jej piękno.

Złota Świątynia Amritsara, fot. © Alton Burkhalter

Być może jednak bardziej inspirujące niż widok lśniącej świątyni, miejsca, w którym można wyczuć miłość i oddanie rzeszy pielgrzymów sikhijskich, którzy przybywają, aby zobaczyć Świętą Księgę zamkniętą w tej migoczącej strukturze, to to, co leży pod ziemią . Tutaj bowiem napotykasz prawdziwy dowód ich wiary.

W przepastnych pokojach i tunelach wijących się pod pięknem powyżej, leży kuchnia jak żadna inna. Tutaj, średnio w ciągu dnia, co najmniej pięćdziesiąt tysięcy odwiedzających otrzymuje darmowe posiłki. Wszyscy, z każdej sytuacji społecznej, z każdej kasty, z każdej religii, siedzą obok siebie na długich tkanych dywanikach rozciągających się na kamiennej podłodze i jedzą razem.

Za poświęcony czas gotowania i serwowania lub dostarczenie niektórych z dwóch tysięcy kilogramów świeżych warzyw, piętnastu kilogramów ryżu lub dwunastu tysięcy kilogramów mąki używanych każdego dnia uważa się za wielki zaszczyt, a także święty obowiązek. Garnki, starożytne, gigantyczne metalowe miski stały na wysokości ramienia mężczyzny. I pośród ożywionej paplaniny ochotników łuskających groszek, przygotowujących roti lub zmywających stosy naczyń, płynął nurt współczucia i miłości do ludzkości.

Jestem pewien, że Złota Świątynia byłaby również urocza w ciągu dnia, ale nic nie mogło mnie przygotować na widok, jak rozświetla chłodną noc.

Ale teraz ta pełzająca mgła opóźniła również nasz przyjazd do Varanasi, świętego miasta Ṣiva, gdzie mówi się, że nawet dotknięcie palcem stóp rzeki Ganges zmywa wszelkie zanieczyszczenia. Wiele osób oszczędza na całe życie, aby odbyć tu pielgrzymkę - lub poddać się kremacji na brzegach Gangesu i skropić świętymi wodami.

Moi uczniowie byli zmęczeni. Nasz harmonogram był tak kiepski, że przez dwa dni nie byliśmy w stanie praktykować asany. Byli głodni, zepsute i zaczęli narzekać.

A potem… zobaczyli ciało.

I zaczęli rozumieć Indie.

Szumie własnym rytmem. Jesteś bliżej narodzin, śmierci, samadhi i rozpaczy tutaj w dowolnym momencie, niż gdziekolwiek, gdzie podróżowałem.

Ale to czyni ją „żywą”.

Oddycha wszechświatem, wdychając oczekiwania i wydychając możliwości. Jest żywa, śmierdzi i głośno. Sięga do ciebie i dotyka w tobie czegoś, czego inaczej byś nie widział, jak stara wiedźma sięgająca do krzywej palca w klatce piersiowej, by wyciągnąć twoją duszę, lub jakby twoja matka mogła na ciebie patrzeć, gdy byłeś młody i po prostu wiedzieć, co zrobili.

Wkrótce stało się jasne, że nasz autobus znajduje się w trudnej sytuacji i że nie będzie mobilny w najbliższym czasie. Zanurkowaliśmy więc do pandemonium, prowadzeni przez wychudzonych chłopców z naszego zabytkowego hotelu położonego nieco wyżej.

Niektórzy jogini starali się nie patrzeć na ciało.

Inni nie mogli odwrócić wzroku.

Ci chłopcy podnieśli nasze torby na swoje młode ramiona, otoczyli nas i zdołali odstraszyć żebraków i kieszonkowców od moich szeroko otwartych oczu przyjaciół. Zaprowadzono nas na wąskie drewniane łódki i osadzono u stóp starożytnych kamiennych schodów, zanurzając się do brzegu u stóp naszego hotelu, starej rezydencji maharadży, w której przebywałem latem wcześniej. Wybrałem tę lokalizację celowo, ponieważ była daleko od bardzo nowoczesnego miejsca dwadzieścia mil w głąb lądu, w którym przebywała większość zachodnich turystów.

Drzwi starej rezydencji Maharajy

Chciałem, aby moi przyjaciele doświadczyli różowawego świtu przez mgłę na Gangesie, aby móc oddychać jej wilgocią, słyszeć wibrację życia, która kręci się wokół tego świętego miejsca, niż dać się wciągnąć w ten dzień.

Tak więc, kiedy dotarliśmy do tej eleganckiej, starej posiadłości, spokojnego miejsca pośród zgiełku, przywitanego przez opiekunów herbatą, poczułem, że napięcie w mojej szyi zaczyna się zmniejszać… przynajmniej dopóki nie dowiedzieliśmy się, że zaledwie kilka miesięcy wcześniej , dolna połowa hotelu była podwodna - zalana przez wielką matkę Ganges.

Mechaty zapach rozkładu wciąż przylgnął do ciężkich kamiennych ścian, ale także rezonans historii, która się tu wydarzyła. Skomplikowane dywany obszyte winoroślami zdobiły podłogi. A ciężkie drzwi z drewnianymi panelami wyposażone w metalowe klucze, które wyglądały na oryginalne, zdobiły pokoje. Ale najlepszą częścią był balkon na górze, z którego mogliśmy oglądać całą aktywność poniżej o każdej porze dnia i nocy.

Nie mogłem się nie zastanawiać, kto przez całe wieki spoglądał na świat z tego balkonu - Maharaja, który kiedyś tu mieszkał, z pewnością, ale także kobiety, których zasłony delikatnie zasłaniały ich twarze, aby osłonić je przed widokiem publicznym. dzieci, które musiały gonić się nawzajem w grze ...

Tak więc gorąca woda była nieco „niepewna” - to Indie! Na początku niektórzy z mojej grupy naprawdę czuli się tak, jakby to było surowe i że woleliby raczej udać się do Holiday Inn dwadzieścia mil dalej. Ale nie musieliśmy uciekać się do kąpieli kubełkowych. Domowe potrawy tańczyły ze smakiem. I wiedziałem, że to było o wiele bardziej wyszukane niż wiele, wiele miejsc, w których byłem wcześniej. I to było dosłownie najładniejsze miejsce na starym mieście, położone tuż nad Gangesem.

Poranne błogosławieństwa, zdjęcie © Erika Burkhalter

Następnego dnia wypłynęliśmy łodzią na wschód słońca nad rzekę. Pielgrzymi, zmoczeni w mroźny poranek, stanęli w pasie w wodzie. Dhobi ścianys uderzył w sari i dhoti o skały i rozłożył je do wyschnięcia. Uczniowie Saṇskritu, posadzeni w szeregu na szczycie masywnej kamiennej platformy wystającej do rzeki, posłusznie recytowali swoje wiersze. Sadhus - święci ludzie z okrwawionymi włosami, koralikami mala z drzewa sandałowego i rozmazanymi popiołem twarzami - zmieszali się z tłumem ludzkości, podobnie jak złodzieje ubrani w te same pomarańczowe szaty, ale tak naprawdę błagający o pieniądze. Hawkers ciągnęli za sobą swoje drewniane rzemiosła, sprzedając koraliki i szklane koraliki, małe posągi bóstw i mosiężne butelki, którymi można zebrać i przynieść do domu błogosławione krople z Gangesu.

Saṇskrit uczniowie siedzący w szeregu, fot. © Erika Burkhalter

I w końcu nasi niestrudzeni wioślarze doprowadzili nas aż do płonących ghatów. Wiry dymu mieszały się z mewami i mgłą. Hafazardowe stosy drewna otaczały stosy tych, którzy mieli tyle szczęścia, że ​​zostali kremowani w Varanasi, a następnie spryskali oczyszczające wody Matki Ganges.

Mewy i mgła na Gangesie, fot. © Erika Burkhalter

Jeden z tych stosów grobowych najprawdopodobniej zawierał ciało, które widzieliśmy poprzedniej nocy. I wiedząc, że to wszystko zbliżyło nas do cyklu życia - a może sprawiło, że poczuliśmy się bardziej komfortowo z niepewnością tego wszystkiego.

Płonący ghat, zdjęcie © Erika Burkhalter

Wieczorem oglądaliśmy ceremonię aarti z naszego miejsca na wodzie, od kadłuba do kadłuba, z rzeką pełną drewnianych łodzi ozdobionych rozdrobnioną błękitną lub kumkwatową farbą. Na lądzie kapłani kołysali się ciężarem ciężkich ceremonialnych pałek ognia. Ale między nami maleńkie świece w łódkach nagietka kołysały się na szklistych falach, krążąc między statkami. Ofiary te zostały złożone na pamiątkę za tych, którzy zmarli, lub w nadziei dla tych, którzy jeszcze żyją - życzenia szeptane na wiatr o miłość, awanse, zdrowie lub bogactwo.

Wieczorna ceremonia Aarti, zdjęcie © Erika Burkhalter

Po cichu każdy z nas zapalił swoje małe wróżkowe łódki i uwolniliśmy je, by dryfowały z prądem. Z naszych ust dobiegły ciche modlitwy. Nasze oczy zalały łzy radości, smutku, uznania i współczucia. A moje serce puchło od świadomości, że moi przyjaciele widzieli „prawdziwe” Indie.

Jak zawsze, kiedy wracam z tych odosobnień, oświadczyłem, że to był ostatni. Są tak pracochłonne, aby zebrać je razem, tak pełne niepokoju, gdy plany się nie udają. Ale Indie dzwonią do mnie ... przywołuje mnie. Nie mogę jej odmówić, bo ona jest tchnieniem życia.

I wiem, że prawdopodobnie wybiorę się na kolejną wycieczkę…

Mój mąż i ja zamieniamy „błogosławieństwo” w wielką Matkę Ganges

Dziękuję za przeczytanie! Jeśli podobała Ci się ta historia, możesz także:

Historia i zdjęcia © Erika Burkhalter, wszelkie prawa zastrzeżone.